Do Jerozolimy

95

Wcześnie  pojawiło się słońce

zalewając  czerwienią   płat wschodniego nieba,

jezioro  spokojne,  oddech czujny wstrzymało

w  bezkształtnym  przeczuciu  nieodwracalnego,

Jezus  patrzył ze smutkiem daleko przed siebie,

na chudych policzkach drżało  delikatne światło młodego dnia.

„Bo niepodobna żeby prorok zginął poza Jeruzalem”

Żegnaj Kafarnaum, żegnaj Kinneret !

Ziemio Odrzucenia , Ziemio Wyniszczenia,  Moja Ziemio!

A serce  ziemi zamarło  z  przerażenia,

gdy Syn Boży, Bóg Człowiek żegnał się z Galileą.

Pochyliły się drzewa, nachyliło niebo,

ziarno cicho pęczniało do zrodzenia chleba.

Błogosławił uniesioną dłonią, błogosławił   Pełnią   Czasu ,

który jak dojrzały do wypicia granat ,

jak wciąż  płonące  nad sklepieniem  niebo

przypominał o ostatniej drodze, Drodze  Wypełnienia.

 

Jeruzalem w pętli  zamkniętego   czasu

pozornie spokojne,  dalekie za mglistym  horyzontem,

lecz  oto pod skorupą milczenia  zło   nabrzmiewa i wypełza,

szykuje się do skoku z ciemności w jeszcze większą ciemność.

Tylko „Hosanna” powitania, gdy Bóg na osiołku…

Jezu, Twój smutek łamie mi serce,

tylko  arcykapłan mściwie zaciera ręce.