Pokora – czyli co?

301

Pokora – czyli co?

 

Mówiąc o cnotach kardynalnych: roztropności, sprawiedliwości, umiarkowaniu i męstwie, w naszym rozumieniu, w myślach naszych definiujemy je w sposób jasny, w miarę prosty i jednoznaczny. Lecz jak to jest z pokorą, która także jest cnotą? Wiemy nawet jakie są jej znaki: to radość, pokój, cichość i moc.

Lecz czy każdy radosny człowiek jest pokorny?, każdy cichy albo spokojny, albo mocny jest pokorny? Mam wątpliwości! Jakże więc zrozumieć, pokorę, jak pojąć i znaleźć dobry wspólny mianownik dla jej znaków?

Myślę, że w chwilach takich niepewności, pytań stawianych nawet samemu sobie, najlepiej otworzyć Pismo Święte Nowego Testamentu i zwrócić się do Tego, który był Pierwszym Pokornym: Radosnym, Cichym, Niosącym Pokój i Moc – do Jezusa Chrystusa.

Od czego zacznę? Od tego co zwykle sprawia najwięcej trudności. Trudno jest bowiem „oceniać jedni drugich za wyżej stojących od siebie”, a tak zaleca św. Paweł w Liście do Filipian (2, 3) i poucza jeszcze, „nie pragnijcie niewłaściwego współzawodnictwa dla próżnej chwały, miejcie na oku nie tylko swoje sprawy, ale też i drugich. Bądźcie serdeczni we wzajemnym dla siebie współczuciu”. Spróbujmy więc wejść na drogę pokory za św. Pawłem. Tylko, że tu stoi pułapka groźna, niebezpieczna: pycha, która jest przeciwieństwem pokory. Bo czyż nie uszczęśliwia nas i nie uspokaja naszego myślenia, że ktoś jest od nas gorszy, mniej zdolny, biedniejszy, gorzej wykształcony, brzydszy itd.? Takie myślenie zamyka nas w samotności, odgradza od przyjaźni i miłości, bo wciąż szukając i widząc, że bywają lepsi od nas, stajemy się pełni zawiści, lęku i niespełnionych ambicji, o które wcale nie warto walczyć. Zamykamy więc rozdział „pychy”, odrzucamy jej pokusy i… popatrzcie czy nie widzimy od razu, że tak naprawdę „wielu jest wyżej od nas stojących” i to wcale nie zmienia faktu, że ich kochamy i przyjaźnimy się z nimi? To nasz pierwszy krok na drodze pokory. Wróćmy jeszcze do Listu do Filipian, do perykopy „Chrystus, Bóg – Człowiek, wzorem pokory”. Święty Paweł pisze tak: „On istniejąc w postaci Bożej, nie skorzystał ze sposobności, aby na równi być z Bogiem, lecz ogołocił samego siebie, przyjąwszy postać sługi, stawszy się podobnym do ludzi. W zewnętrznym przejawie, uznany za człowieka, uniżył samego siebie, stawszy się posłusznym aż do śmierci – i to śmierci krzyżowej. Dlatego też Bóg Go nad wszystko wywyższył i darował Mu imię ponad wszelkie imię, aby na imię Jezusa zgięło się każde kolano…” ( 2, 5-10) Czytam tę perykopę po raz kolejny i czuję radość coraz większą, bo jakże Bóg Ojciec nagrodził pokorę i posłuszeństwo Umiłowanego Syna wywyższając Go ponad wszystko?! Nasz Bóg kocha pokorę i posłuszeństwo! To w pokorze i posłuszeństwie nasze zbawienie! A my, chrześcijanie mamy być we współczesnym świecie znakiem Chrystusa, a więc choć jesteśmy tylko słabymi ludźmi, jesteśmy wezwani do naśladowania naszego Pana i Zbawcy. Rozpoczynajmy więc od razu nasz bieg!

Więc co dalej z tą pokorą? Jak możemy ją rozpoznać, oddzielić prawdziwe od fałszywego? Przypatrzmy się naszym intencjom. Wielu teologów zaleca przyjrzenie się intencji danego uczynku. Bo jeśli uczyniliśmy coś, a intencja pobudzająca nas do uczynku była wielkoduszna – to uczynek był dobry, ale jeśli czynimy dobro, a u źródła naszego działania był egoizm albo zła wola, to czyn zewnętrznie wydawałoby się dobry – będzie niestety grzechem. Zadajmy sobie więc pytanie o czystość intencji, czy działamy bez oczekiwania na profity, uznanie, wywyższenie…

Pokora wzbudza wiele wątpliwości różnego rodzaju. Kojarzy się z poniżeniem, niesprawiedliwą oceną, milczeniem, podczas gdy trzeba stanowczo reagować (z przebaczeniem w sercu) wobec ciemiężycieli. Pan Jezus uderzony w twarz przez sługę arcykapłana wcale nie nadstawił drugiego policzka ale zapytał „dlaczego mnie bijesz?”

Zaś w Ewangelii św. Marka Jezus zachęca uczniów słowami, które ukazują drogę prawdziwej pokory. „kto by miedzy wami chciał stać się wielkim, niech będzie sługą waszym. A kto by chciał być pierwszym między wami, niech będzie niewolnikiem wszystkich” (10,43) Pokora polega bowiem na umniejszaniu się, odwracaniu porządku tego świata, na rzecz porządku Królestwa Niebieskiego. Każdy z nas ma swoje zalety, które czynią go wartościowym ale wcale nie lepszym od innych. Do tego jesteśmy, każdy z nas, dziećmi Boga, bo Jezus oddał życie za nas abyśmy dostali życie wieczne i to daje nam wielką godność. Tę otrzymaną godność i nasze indywidualne zalety powinniśmy wykorzystywać, by stać się sługami i niewolnikami innych. Jak to widzę? Jesteś bogaty – dziel się z biedniejszymi, jesteś inteligentny – działaj w dobrej sprawie i szerz Ewangelię itd. Każdą zaletę można przekształcić w pokorne działanie na rzecz innych.

Pomocą dla nas w rozeznawaniu, czy nasze działanie jest drogą pokory, są święci. Wielu pozostawiło nam niezastąpioną spuściznę w postaci dzieł literackich. I tak na przykład św. Teresa od Jezusa w książce „Droga doskonałości” pisała: „Prawdziwa pokora polega głównie na tym, byśmy zawsze ochotnie gotowi byli na wszystko, cokolwiek Pan z nami zechce zrobić i zawsze uważali siebie za niegodnych zwać się Jego sługami”

Pokora i wstyd po uczynionym grzechu daleko są milsze Bogu niż pycha po spełnieniu dobrego uczynku „(św. Augustyn z Hippony)

Niech nasza droga będzie wspólna. Niech nasza modlitwa będzie pokorna. Niech nasza miłość będzie potężna. Niech nasza nadzieja będzie większa od wszystkiego, co się tej nadziei może sprzeciwić.” (Jan Paweł II)

Św. Teresa z Avila napisała: „Pan Bóg tak lubi pokorę, bo sam jest Prawdą najwyższą, a pokora niczym innym nie jest, tylko chodzeniem w prawdzie”

I jeszcze trochę o pokorze z Nowego Testamentu:

W Rozdz. 11 Ewangelii św. Mateusza czytamy: „Weźmijcie moje jarzmo na siebie i uczcie się ode mnie, żem jest cichy i pokornego serca, a znajdziecie odpocznienie dla dusz waszych”.

Wszyscy zaś wobec siebie wzajemnie przyobleczcie się w pokorę, Bóg bowiem pysznym się sprzeciwia, a pokornym łaskę daje”. (1 P 5,5)

Słowa te powtarza w swoim Liście Apostoł Jakub:

Bóg sprzeciwia się pysznym, pokornym zaś daje łaskę.” Jk 4,6

Niech podkreślenie wagi tych powtórzonych słów będzie dla nas zachętą, wszak „gra jest warta świeczki”, tu chodzi o zbawienie i o Królestwo Niebieskie! Czy jest ważniejszy bieg?

I jeszcze coś na koniec. Taka krótka historia z dobrym zakończeniem. Czy prawdziwa? Pozostawiam to Wam drodzy czytelnicy !

Mała, kilkuletnia dziewczynka w żółtej chusteczce na głowie siedziała nad brzegiem morza tak blisko, że każda mocniejsza fala obmywała jej bose nóżki. Dziewczynka z uwagą układała w wiaderku białe muszelki, dolewała słonej wody, dosypywała piasku. Właśnie wtedy ktoś z tłumu plażowiczów zatrzymał się obok niej. Jakiś trochę starszy chłopczyk z ciekawością zapytał:

– Co robisz?

– Gotuję obiad dla rodziny…

– Dla jakiej rodziny? zapytał – Przecież jesteś tu sama!

– Ale ja się bawię w dom i zaraz dzieci przyjdą ze szkoły i będą głodne.

Chłopiec roześmiał się i machnął lekceważąco ręką: dziewczyny są głupie i nie wiadomo co wymyślają… i pobiegł brzegiem plaży podskakując przed każdą falą.

Dziewczynka bawiła się więc spokojnie tak długo, aż zawołała ją mama. Tak spokojnie lato minęło , a potem kolejne, i następne. Ponieważ czas płynie szybko, więc dziewczynka wkrótce zaczęła chodzić do szkoły.

– Jesteś już duża i dość silna więc musisz pomagać mi w domu. Po szkole, kiedy ja będę w pracy, będziesz zajmować się siostrzyczką, a może też nauczysz się gotować i w ten sposób będziemy sobie razem radziły. – powiedziała mama pewnego pamiętnego, jesiennego dnia.

Dziewczynka była posłuszna. Opiekowała się chorowitą siostrą, sprzątała i gotowała. Uczyła się w miarę dobrze, choć czasem nie nadążała i do szkoły szła nie mając odrobionej pracy domowej, bo po powrocie do domu tyle różnych zajęć na nią czekało, że zabrakło czasu. Tak naprawdę bardzo lubiła czytać książki, i to tak bardzo, że czasem one były dla niej ważniejsze niż rozwiązywanie zadań z matematyki.

Aż wreszcie nadeszły piękne, niezapomniane wakacje. Po latach znów pojechała nad morze, w odwiedziny do cioci. I wreszcie mogła czytać i czytać… To były najpiękniejsze wakacje w jej życiu. Już nie lepiła babek z piasku, ani nie gotowała zupy z muszelek. Była przecież na progu średniej szkoły i po wakacjach miała rozpocząć naukę w Liceum. Któregoś pochmurnego dnia szukając czegoś do czytania w przepastnej ciocinej bibliotece, znalazła książkę jakiej jeszcze nie znała. Ta książka opowiadała o życiu Pana Jezusa. Powróciły wzruszenia Pierwszej Komunii Świętej, powróciły wspomnienia pomieszane z zapachem zapalonych świec i moment pierwszego przyjęcia Ciała Pana Jezusa. Historia życia Jezusa zapisana w czytanej książce tak bardzo ją poruszyła, że wracała do niej wciąż i wciąż, aż do końca wakacji. Każdego dnia od nowa pragnęła przeżywać Jego wędrówkę, każde wypowiedziane Słowo i Śmierć na Krzyżu. Każdy Jego łagodny uśmiech i Jego łzy smutku. Pierwszy raz w życiu, tak naprawdę, dotknęła największej Miłości i Dobroci, i zaczęła tęsknić za nią tak bardzo, aż do łez cicho płynących w samotności ciocinego, bibliotecznego pokoju.

Po wakacjach życie potoczyło się jakoś po swojemu. Tamte wzruszenia zaćmiła trudna i biedna rzeczywistość. Wiele się zmieniło. Ukończenie szkoły, praca, wyjście za mąż. Młoda kobieta oddała się całkowicie rodzinie. Nie przerażała jej trudna choroba, z którą się borykała. Zawsze była w niej jakaś spokojna zgoda na to, co przynosił los i wiara, że to co jest, jest dla niej najlepsze. Mąż, wychowanie dzieci, prowadzenie domu – przez wiele lat było najważniejsze. Wykonywała swoje zadania z miłością i oddaniem. Nie zaniedbywała żadnego obowiązku, choć bywało bardzo trudno. Tylko czasem powracała do tamtych wakacji i tęskniła całym sercem za Jezusem, Jego uśmiechem, dobrocią i miłością.

Nadszedł czas, gdy dzieci opuściły dom, czas, kiedy samotne życie dobiegało kresu. Stara kobieta zastanawiała się wiele razy nad tym , co ją może czekać po śmierci. Przecież jej życie było takie szare i zwyczajne, bez wielkich czynów, za to pełne ugotowanych obiadów, domowej krzątaniny, świątecznych wzruszeń, pełne upokorzenia i smutku, takie ciche i posłuszne. Życie, które wobec różnych dobrych i złych doświadczeń, wobec ludzkich upadków i skruchy powrotów, nosiło jednak tylko jedną ukrytą w sercu perłę, skarb najcenniejszy – tamto wakacyjne przeżycie. Tęsknotę za Jezusem.

W pewien świetlisty, jesienny poranek nadszedł czas, gdy nie musiała już wstać z łóżka, ani gotować herbaty, ani odgrzewać kromki chleba. Nic już nie musiała.

Stanęła cicho, pokornie, przed Tym, za którym tęskniła tak długo i tak bardzo.

– Nie mam nic dla Ciebie Panie, mam tylko moją miłość i tęsknotę, i niech będzie Twoja wola. Przepraszam Cię mój Najpiękniejszy Boże za wszystko i co będzie teraz ?

W jasnym świetle cichego pokoju usłyszała: – choć dziecko moje, ciche i pracowite. Twoja pokora wystarczy sercu memu abym przytulił cię na wieki. I teraz będę już tylko Ja! Na całą wieczność!”

 

Przytoczyłam króciutko, historię pewnego życia, zwyczajnego, takiego jakich wiele. Tak w skrócie, żeby nie zanudzać! Chciałam napisać o pokorze! A to właściwie posłuszeństwo i tęsknota są tematem tych zapisanych powyżej zdań. Ale pomyślmy, czy te cechy człowieka nie wynikają z jego pokory, czy posłuszeństwo wobec Bożego zamysłu i tęsknota za Nim nie są znakami pokory? …i bądź wola Twoja…

Szczęść Boże!

  1. Janicka 2017)