Zawsze godni Jego miłości

154

Z o. Józefem Augustynem SJ rozmawia Elżbieta Gołąb

Rozmowę o sakramencie pojednania rozpocznijmy od trudności, którą niektórzy formułują w ten sposób: Nie przystępuję do spowiedzi, ponieważ się do niej zraziłem.

Kiedy ktoś mówi, że jest zrażony do spowiedzi, wtedy rodzi się pytanie, dlaczego. Jeżeli dlatego, że kapłan domaga się od nas spełnienia jej warunków, byłby to znak, iż nie rozumiemy jeszcze, czym jest naprawdę sakrament pojednania. Częściej jednak bywamy zrażeni do spowiedzi, ponieważ zostaliśmy — w naszym odczuciu — źle potraktowani w konfesjonale. No cóż, wszyscy jesteśmy tylko ludźmi. Nie tylko penitenci, ale także spowiednicy są takimi samymi grzesznikami, jak wszyscy. Jan Paweł II często mówi nam, księżom, abyśmy starali się być dobrymi penitentami. Tylko ksiądz, który jest dobrym penitentem — podkreśla Papież — może być dobrym spowiednikiem.

Jeżeli podczas spowiedzi byliśmy potraktowani w sposób niedelikatny i ten fakt ciągle nas boli, to wówczas powinniśmy sobie uświadomić, iż jest to bardzo ludzkie zranienie. Tymczasem w sakramencie pojednania należałoby oddzielać to, co ludzkie, od tego, co Boskie. Spowiedź jest dobra i ważna także wtedy, kiedy odchodzimy od konfesjonału z brakiem ludzkiej satysfakcji, ponieważ ksiądz okazał się człowiekiem mało wyrozumiałym i niezbyt serdecznym. Potrzebne jest tu wzajemne miłosierdzie i zrozumienie z obu stron. Kiedy na przykład przed świętami Bożego Narodzenia czy Wielkanocy ustawia się wielka kolejka przed konfesjonałem, a kapłan spowiada już wiele godzin i jest zmęczony, wówczas może on nie wyczuć naszego problemu, może też okazać się człowiekiem mało cierpliwym. Jeżeli jesteśmy w trudnej sytuacji emocjonalnej, moralnej, byłoby ważne, aby pójść do spowiedzi wówczas, kiedy przed konfesjonałami jest bardziej pusto: w ciągu roku. Potrzebujemy też wówczas trochę większej wiary. Ostatecznie nie idziemy do spowiedzi dla księdza, ale ze względu na Boga. Wypowiadamy grzechy przed kapłanem, ale spowiadamy się przecież Bogu. Ksiądz w konfesjonale jest marnym, „nieużytecznym sługą”, który ma ukazywać wielkie Boże miłosierdzie. Chcę być dobrze zrozumiany: nie bronię zachowań księży, których nie da się obronić. Kapłan zawsze winien być przejrzystym świadkiem dobroci, cierpliwości i hojności Boga. Powinien być miłosierny i wskazywać na nieskończone miłosierdzie Boże.

Jeżeli przez długi czas byliśmy zrażeni do spowiedzi i nie przystępowaliśmy do niej, to sama myśl o podejściu do konfesjonału rodzi lęk. Obawiamy się mimo wszystko, iż możemy być kolejny raz potraktowani niedelikatnie. Jeżeli nie chodziło się wiele lat do spowiedzi, to z każdym rokiem trudniej jest do niej przystąpić.

Najpierw należałoby zobaczyć, czego tak naprawdę się boimy. Trzeba odróżnić lęk przed księdzem od lęku i upokorzenia, który wywołuje własny grzech. Najczęściej nie boimy się spowiednika, ale obawiamy się raczej dotykać swoich ran i grzechów w jego obecności. Boimy się też upokorzenia. Kiedy żyjemy w takiej lękowej sytuacji wobec spowiedzi, wówczas zachęcałbym, aby nie rozwiązywać problemu „siłowo”. Byłoby wtedy dobrze znaleźć spowiednika, o którym wiemy, że okaże się człowiekiem delikatnym, roztropnym i będzie miał dla nas czas. Jest bardzo dużo księży, którzy są wytrawnymi spowiednikami i gotowi są nam poświęcić tyle czasu, ile go potrzebujemy. Jan Paweł II przypomina, iż każdy ma prawo spowiadać się także poza konfesjonałem. Jest on proponowany przez Kościół jako normalne miejsce spowiedzi. Ale w sytuacjach nadzwyczajnych możemy prosić o spowiedź w innym miejscu, w którym łatwiej nam będzie przedstawić spowiednikowi sytuację swojej duszy. Sakrament pojednania ma służyć temu, abyśmy nie bali się Boga. Zauważmy, jak często Pan Jezus mówi: Nie lękajcie się. Bóg stał się człowiekiem, aby człowiek przestał się Go bać. Bliskość Boga w Jezusie Chrystusie jest zaproszeniem do wyzbywania się wszystkich lęków, także wobec spowiedników.

Z sakramentem pojednania nieodłącznie związany jest żal za grzechy. Jest on warunkiem dobrej spowiedzi. Wielu jednak ma duże trudności ze wzbudzeniem w sobie żalu za grzechy. Niektórzy skarżą się: Nie czuję boleści duszy z powodu swego grzechu.

Żal za grzechy jest doświadczeniem złożonym, dynamicznym. Mówiąc: „Nie czuję żalu”, opisujemy własne emocje. Żal jednak jest przede wszystkim aktem wiary, a nie doświadczeniem uczuciowym. Dlatego możemy wzbudzić w sobie żal także wtedy, gdy nasza sfera uczuciowa ma upodobanie w grzechu i gdy tkwimy w rodzącej grzechy namiętności. To wiara mówi nam, że Bogu nie podoba się to, w czym ma jeszcze upodobanie nasza grzeszna natura. Człowiek przywiązany do grzechu nie odczuwa emocjonalnego żalu. Ale i w tej sytuacji dzięki rozumowi oświeconemu wiarą możemy stwierdzić, że każdy grzech jest złem. Tak mówią nam Boże przykazania, Ewangelia, Kościół. Człowiek może uznać i wyznać zło grzechu, ponieważ ufa Bogu i Kościołowi. Dobrze jest w sakramencie pojednania wyznać przywiązanie do namiętności rodzącej fakty grzechu i zadeklarować pragnienie wyzwolenia się z niej. Takie wyznanie pogłębia nasz żal.

Ani żalu, ani też samego grzechu nie jesteśmy w stanie pojąć rozumem, jeżeli nie zostanie on oświecony łaską. Zrozumienie prawd wiary jest ważne, przychodzi ono jednak jako owoc zaufania Bogu i Jego miłosierdziu. Bóg daje nam przykazania, ponieważ nas kocha. Mówi nam: „To jest dobre, a to jest złe”, bo tylko On wie, co jest dla nas pożyteczne, a co szkodliwe.

Jak Ojciec scharakteryzowałby prawdziwy żal za grzechy?

Żal za grzechy zawiera dwa ważne elementy. Po pierwsze, jest uznaniem zła i zniszczenia, które sprawia ono w nas samych, w bliźnich, a nawet — choć w innym znaczeniu — w Bogu. Po drugie, jest powierzeniem odkrytego i wyznanego zła miłosierdziu Boga. Żal jest doświadczeniem dynamicznym, jest przejściem od grzechu do miłosierdzia Bożego. Ważne jest, aby wzbudzając żal za grzechy nie koncentrować się wyłącznie na samym grzechu, ale widząc go i uznając jego zło, oderwać się od niego, by dostrzec miłosiernego Ojca, którzy przytula do swego Serca syna marnotrawnego. Psalmista mówi: Głębia przyzywa głębię hukiem Twych potoków (Ps 42,8). Głębia grzechu (mówimy przecież o tajemnicy ludzkiej nieprawości) ma przywołać głębię dobroci i miłosierdzia Bożego. Dlatego też przygotowując się do sakramentu pojednania, mamy nie tylko liczyć swoje grzechy, ale także dostrzegać dobroć Boga i Jego łaskę.

Rachunek sumienia kojarzy nam się z rachowaniem, z matematyką. Często przeżywamy niepokój, czy potrafimy dobrze policzyć swe grzechy. Jak należałoby więc podejść do rachunku sumienia, aby był on dobrym przygotowaniem do spowiedzi?

Możemy posłużyć się rachunkiem sumienia z naszej książeczki do nabożeństwa. Ważne jednak, aby była to książeczka dostosowana do wieku i sytuacji egzystencjalnej, w jakiej się znajdujemy. Książeczka od pierwszej Komunii świętej niech zostanie pomocą dla dzieci. Rachunek sumienia winien rosnąć razem z człowiekiem. Trzeba w nim odwoływać się także do własnej intuicji moralnej i duchowej, czyli do własnego sumienia: „Co wyrzuca mi moje sumienie? W czym ono mnie upomina? W jakich sytuacjach byłem nieuczciwy?”. Często bowiem zdarzają się nam grzechy, które trudno jest ująć w jakieś określone przykazania i które nie są zapisane w książeczkach. Grzech i zło są zawsze tam, gdzie dochodzi do wykorzystania bliźniego, nadużycia jego dobroci, manipulacji jego wolnością.

Powierzchowność naszych rachunków sumienia wynika nieraz z tego, że robimy je pospiesznie. Rachunek sumienia domaga się czasu. Podobnie jak sama miłość, tak rozliczanie się z własnym sumieniem, będące wyrazem miłości do Boga, do bliźniego i do siebie samego, wymaga czasu. Jeżeli zamierzamy iść do spowiedzi, byłoby dobrze, abyśmy jeden lub nawet dwa dni wcześniej modlili się rano i wieczorem w tej intencji, prosząc Boga o światło dla poznania grzechu oraz odkrycia głębi miłosierdzia Bożego. Grzech nie zawsze daje się łatwo rozpoznać. On jakby ukrywa się w nas i dlatego do dobrego rachunku sumienia potrzebne jest nam światło łaski. Św. Ignacy Loyola zachęca, aby modlić się „o łaskę poznania grzechów”. Jeżeli człowiek ma małą wiarę, to zwykle sądzi, iż ma także małe grzechy. Jeżeli nie ma wiary, nie czuje się grzesznikiem. Ci, którzy nie liczą się z Bogiem, będą pytać, dlaczego określone czyny i postawy są grzechem, choć ludzie powszechnie je aprobują. To nie my ustalamy, co jest dobre, a co złe. Jeżeli nie widzimy naszych grzechów, nie musimy zbytnio się tym trapić. Powinniśmy raczej modlić o większą wiarę. Wraz z nią odkryjemy zło i brzydotę własnego grzechu. Największymi grzesznikami zawsze bywali wielcy święci. Wielka świętość, wielka miłość do Boga i ludzi sprawia, że człowiek postrzega każdy grzech, także ten najmniejszy, jako wielkie zło. Nie ma grzechów banalnych. Są tylko grzechy banalnie przeżywane.

Często kojarzymy spowiedź z upokorzeniem się przed spowiednikiem, a rachunek sumienia z poniżaniem się we własnych oczach…

Mówiąc o upokorzeniu się, dotyka Pani czegoś naprawdę niezmiernie ważnego. Jeżeli wielu ludzi odkłada spowiedź na czas nieokreślony, to dlatego, iż boi się właśnie upokorzenia. W spowiedzi należy odróżnić ukorzenie się przed Bogiem od poniżania się przed człowiekiem. Nie jest dobrze, kiedy idziemy do spowiedzi i czujemy się upokorzeni czy poniżeni przed księdzem. Stawiamy sobie nieraz pytania: „Co ksiądz sobie pomyśli? Co mi powie? Jak mnie potraktuje?”. Jeżeli rodzą się w nas takie wątpliwości, możemy powiedzieć sobie w duchu: „Jeżeli ksiądz sobie źle pomyśli o mnie, to jest jego problem, a nie mój. Powinien dobrze o mnie myśleć, ponieważ chcę się szczerze wyspowiadać”. Idziemy do spowiedzi nie po to, żeby się upokarzać, ale by odzyskać poczucie wartości i godności. Ukorzenie się przed Bogiem nigdy nie jest poniżaniem siebie. Kiedy wyznajemy grzechy przed Ojcem, stajemy w duchu prawdy. Dzięki temu odzyskujemy poczucie własnej wartości i godności. Prawda nas wyzwala, ale prawda pełna: nie tylko ta o naszej kruchości moralnej, ale także ta o nieskończonej dobroci Boga.

Przypomnijmy sobie piękny fragment Starego Testamentu, w którym Bóg ustami proroka Izajasza zwraca się do Izraela: Nie bój się, robaczku Jakubie, nieboraku Izraelu! Ja cię wspomagam — wyrocznia Pana — odkupicielem twoim — Święty Izraela. Oto Ja przemieniam cię w młockarskie sanie, nowe, o podwójnym rzędzie zębów: ty zmłócisz i wykruszysz góry, zmienisz pagórki w drobną sieczkę; ty je przewiejesz, a wicher je porwie i trąba powietrzna rozmiecie. Ty natomiast rozradujesz się w Panu, chlubić się będziesz w Świętym Izraela (Iz 41,14–16). Prorok mówi, że Izrael jest tylko małym robaczkiem. Kiedy jednak ten mały robaczek i nieborak przyjmie moc Boga, jego działanie staje się podobne do potężnych maszyn, które kruszą góry. Poczucie własnej niemocy przed Bogiem i wyznanie przed Nim grzechów sprawia, iż stajemy się mocni i możemy zwyciężać nasze słabości, znosić różnorakie trudności życiowe, dźwigać krzyże, które spotykamy na drodze życia.

Problemem często bywa także samo wyznanie grzechów. Wielu ludzi czuje związany z tym niepokój. Pytają siebie z niemałą obawą: Czy aby wszystko powiedziałem, czy dobrze nazwałem grzech, czy nie wprowadziłem księdza w błąd?

Pan Bóg nie jest matematykiem, ani też drobiazgowym i pełnym skrupułów moralistą. Jeżeli spowiadamy się szczerze i nie mamy zamiaru niczego ukrywać, to możemy sobie powiedzieć: z pewnością nie powiedziałem wszystkiego. Dlaczego? Wyznając grzechy, dotykamy jedynie czubka góry lodowej. Ten sam grzech moglibyśmy opisywać nieraz bardzo długo. Rodzi się jednak pytanie, po co to robić. Trzeba wyznawać grzech prosto, szczerze, bezpośrednio, bez owijania w bawełnę. Nieraz należy też podać istotne okoliczności grzechu. Niekiedy dobrze jest też odsłonić grzeszne motywy ważniejszych czynów. Ale nie są bynajmniej konieczne szczegóły opowiadające o popełnionym grzechu. Jeżeli wyznajemy wszystkie grzechy szczerze i prosto, a mimo to nie znajdujemy pokoju serca, to rodzi się pytanie o przyczynę tego stanu. Przyczyn może być wiele: koncentracja na grzechu i chore poczucie winy, fałszywy obraz Boga, źle uformowane sumienie. Jeżeli wyznajemy grzechy tak, jak umiemy, szczerze, otwarcie i z zaufaniem, Pan Bóg odpuszcza nam je wszystkie, również te, których nie jesteśmy do końca świadomi. Otrzymując rozgrzeszenie po wyznaniu wszystkich grzechów ciężkich, co do rodzaju i liczby, otrzymujemy uwolnienie także od tych grzechów, które po prostu zapomnieliśmy. Łaska poznania grzechu wzrasta w nas wraz ze wzrostem zaufania w miłosierdzie Boga. Jeżeli będziemy bardziej wrażliwi na Boga, to zrodzi się w nas także większa wrażliwość na grzechy, również lekkie.

Zdarza się nieraz, że grzech ciężki, który spowodował wielką ranę, choć został wyznany na spowiedzi, wraca jednak przy kolejnym przygotowaniu do sakramentu pojednania. Nie wiemy, co z tym zrobić. Niektórzy powtarzają wielokrotnie na spowiedzi ten jeden grzech, który budzi ich niepokój.

Musimy uczyć się rozeznawania naszego żalu i odróżniania prawdziwego, szczerego żalu od chorego poczucia winy. Zauważmy, że Judasz wyznał grzech. Powiedział: Zgrzeszyłem, wydawszy krew niewinną (Mt 27,4). Ale w wyznaniu grzechu i żalu Judasza nie ma Boga, nie ma odwołania się do Jezusa. Judasz zatrzymuje się na swojej nieprawości. Żal za grzechy, w którym nie ma odwołania się do miłosierdzia Bożego, jest zawsze destrukcyjny. Właśnie dlatego Judasz się powiesił. Prawdziwe wyznanie grzechów łączy świadomość grzechu z zaufaniem miłosierdziu Boga. Dawid mówi: Zgrzeszyłem wobec Pana (2 Sm 12,13). Król nie opisuje swojego grzechu. Właśnie owo wobec Pana jest integralną częścią prawdziwego żalu. Jeżeli czujemy się zaniepokojeni, rozdzierani grzechami już wyznanymi, powinniśmy wówczas dłużej, gorliwiej i hojniej kontemplować miłosierdzie, modlić się, by go w pełni doświadczyć. Chore poczucie winy bywa nieraz wielką przeszkodą w rozwoju życia duchowego. Kiedy bowiem człowiek zaczyna się modlić, wtedy przypominają mu się własne grzechy. One wówczas stają się treścią modlitwy, podczas gdy winno nią być przede wszystkim doświadczenie miłości do Boga i do człowieka.

Czy chore poczucie winy jest równoznaczne z pokusą powracania do grzechów z przeszłości?

Właśnie tak. Trzeba je traktować jako pokusę. W jednym grzechu jesteśmy kuszeni zawsze dwa razy. Najpierw — do fascynacji namiętnością. Zły duch zdaje się nam wówczas mówić: „Jeżeli nie zerwiesz zakazanego owocu, będziesz wiecznie nieszczęśliwy”. Po zerwaniu go zaś przychodzi rozczarowanie, a z nim druga pokusa, znacznie gorsza od pierwszej: pokusa rozpaczy. Dlatego też Jan z Karpatos, Ojciec Pustyni z VII wieku, mówił, że „rozpacz jest czymś gorszym niż grzeszenie. Gdy bowiem Judasz (…) popadł w rozpacz, wróg rzucił się na niego i założył mu sznur na szyję. Gdy Piotr natomiast (…) doznał straszliwego upadku (…), nie uległ ani nie poddał się rozpaczy” [1]. Właśnie w momentach zniechęcenia i rozpaczy zło ma większy wpływ na nas niż dobro. Często człowiek w rozpaczy nie wie, co robi. Właśnie dlatego Jan z Karpatos mówi, że „wróg”, czyli szatan, założył Judaszowi sznur na szyję. W stanie zniechęcenia i rozpaczy pokusa zdaje się mówić: „Patrz, coś zrobił, musisz ginąć. Nie jesteś już godny miłości. Musisz być odrzucony”. Człowiek wówczas zaczyna się kryć przed Bogiem i ludźmi. Staje się nieszczery, zamknięty w sobie. Odkładanie spowiedzi bywa uleganiem pokusie zniechęcenia i rozpaczy. Człowiek ucieka wtedy od ludzkiej życzliwości i miłosierdzia Bożego.

Nasza spowiedź zależy od dobrze ukształtowanego sumienia. Często jednak zdarza się, że sumienie nas niepokoi, kiedy nie jest to potrzebne, albo też milczy wówczas, kiedy winno nas upomnieć. Jak kształtować sumienie?

Żyjemy w cywilizacji, która rozmywa granice moralne. Młodzież spotyka się po prostu z niemoralnymi propozycjami rozwiązań różnych ludzkich problemów. Kiedy młody człowiek się naczyta, nasłucha i naogląda takich propozycji, wówczas jego sumienie może zostać stępione, rozregulowane. Dzisiaj wielu młodych ze zdziwieniem pyta: „Dlaczego <<to>> jest grzechem? Dlaczego mi <<tego>> nie wolno?”. Niedawno na spotkaniu z młodzieżą otrzymałem pytanie: „Dlaczego satanizm jest złem?”. Są to oznaki sumienia, któremu brakuje wyczucia i rozeznania moralnego.

Często zachęcam młodych, aby świadomie, z wewnętrznego wyboru deklarowali przed Bogiem pragnienie życia w prawdzie, w wewnętrznej przejrzystości, uczciwości moralnej. Myślę, że spowiedź winna być okazją deklarowania przed Bogiem pragnienia życia w czystości serca. Błogosławieni czystego serca, albowiem oni Boga oglądać będą (Mt 5,8) — mówi Jezus. Niezależnie od tego, co proponuje nam dziś środowisko, w którym żyjemy, winniśmy wzbudzać w sobie pragnienie życia według Bożego słowa, według Bożych przykazań. Taka deklaracja złożona Bogu jest szalenie ważna dla formacji naszego sumienia. To nie tylko my własnymi zabiegami kształtujemy sumienie. Kształtuje je również łaska Boga. Mówimy przecież, że sumienie jest „głosem Boga”. On pracuje w nas, On w nas przemawia.

Innym ważnym elementem kształtowania sumienia jest regularna spowiedź i kierownictwo duchowe. Kiedy coś niepokoi nasze sumienie, wówczas powinniśmy porozmawiać z jakimś roztropnym kapłanem. Trzeba bowiem szanować te niepokoje. Czasem jednak odnoszę wrażenie, iż niektórzy ludzie przychodzą na rozmowę do kierownika duchowego tylko po to, aby uspokoić nieczyste sumienie. Człowiek może je zagłuszyć, a przecież nie wolno nam żyć wbrew swojemu sumieniu, czy — nie daj Boże — go łamać. Jeżeli popełnimy grzech, trudno. Nie musimy rozdzierać szat i popadać w rozpacz. Trzeba jednak uznać go oraz wyznać przed Bogiem i Kościołem. Zepsucie moralne przychodzi wtedy, kiedy człowiek bywa dumny z własnego grzechu (por. Flp 3,18–19).

W trudnych sytuacjach ludzkich szukamy pomocy nie tylko u spowiedników, ale także u terapeutów. Jakie są powiązania pomiędzy tymi dwoma sposobami pomagania ludziom?

To szeroki temat. Tutaj możemy go jedynie dotknąć. Kościół wyraźnie oddziela te dwie rzeczywistości [2]. Spowiednik nie powinien uprawiać psychoterapii, a psychoterapeuta nie powinien bawić się w spowiednika. Terapeuta pomaga nam rozumieć siebie w sferze emocjonalnej, psychicznej, ale nie może dać nam rozgrzeszenia z naszych niewierności moralnych. Tylko Bóg nam przebacza grzechy, a sakrament pojednania jest znakiem tego przebaczenia. Kapłan jest sługą przebaczenia. Kiedy polecamy komuś jakiegoś terapeutę lub też sami szukamy go dla siebie, nie powinno być nam obojętne jego spojrzenie na problemy moralne i religijne. Niestety, zdarza się, że niektórzy terapeuci przejmują rolę księży i usiłują zwalniać swoich pacjentów z pewnych przykazań czy też zasad moralnych. Obowiązkiem każdego terapeuty jest liczyć się z życiem duchowym i religijnym swoich pacjentów. Z drugiej jednak strony może się zdarzyć, że ksiądz będzie w konfesjonale udawał lekarza, wypowiadając się o stanie emocjonalnym czy psychicznym penitenta, nie znając się na tym. Tak dzieje się wówczas, kiedy przyczyny niektórych stanów nerwicowych czy nawet psychotycznych upatruje w jakichś pojedynczych upadkach moralnych. Terapeuta w pewnych sytuacjach może zachęcić swojego pacjenta, aby skorzystał także z pomocy dobrego spowiednika, a spowiednik w pewnych sytuacjach winien poradzić penitentowi skorzystanie również z pomocy terapeuty. Te dwie formy pomocy powinny ze sobą nie rywalizować, ale współpracować dla dobra konkretnego człowieka. Wymaga to od obu stron — spowiednika i terapeuty — jasnej świadomości własnej roli, integralnego spojrzenia na człowieka, kompetencji oraz rzeczywistej troski o człowieka, któremu się pomaga.

Wróćmy jeszcze do sakramentu pojednania. W spowiedzi konieczna jest świadomość, że ani my sami, ani nasz bliźni — także spowiednik — nie może uwolnić nas od grzechów. Może je wziąć na siebie tylko Jezus. To jest najpiękniejsza tajemnica sakramentu pojednania…

Jezus z miłości do nas bierze na siebie nasze grzechy. On był przebity za nasze grzechy, zdruzgotany za nasze winy. Spadła Nań chłosta zbawienna dla nas, a w Jego ranach jest nasze zdrowie (Iz 53,5). Nasze zdrowie duchowe i moralne, a wraz z nim także zdrowie emocjonalne, jest w doświadczeniu miłości Boga, która objawiła się w Jezusie ukrzyżowanym. Byłoby jednak ważne, aby spowiedź wiązać nie tylko z przyjmowaniem miłości Boga, ale także z okazywaniem Mu naszej. Prawdziwe przebaczenie jest miejscem wzajemnego obdarowywania się miłością. Bóg przychodzi jako pierwszy ofiarując nam miłość. Liczy jednak, że odpowiemy miłością na Jego miłość. Przebaczywszy Piotrowi jego grzech, Jezus pyta, prosząc o jego miłość: Szymonie, synu Jana, czy miłujesz Mnie więcej aniżeli ci? (J 21,15). Człowiek, który doświadczył przebaczającej miłości, jest zaproszony, aby odwzajemniał miłość Boga i dzielił się nią z innymi. Dlatego też przebaczenie bliźnim zawsze będzie bardzo ważnym znakiem autentyczności korzystania z sakramentu pokuty. Przygotowując się do spowiedzi, przyglądajmy się nie tylko naszym uczuciom związanym ze spowiedzią i żalem za grzechy, ale także naszym relacjom z bliźnimi. One powiedzą nam szybciej i więcej o naszym korzystaniu z sakramentu pojednania.

Rozmawiała Elżbieta Gołąb